Autor: Merkelin o wtorek 13. styczeń 2009
Tak mnie jakoś początek roku refleksyjnie nastraja
Nieraz zastanawiałem się nad tym, czy zawsze “prawda” jest najlepsza. Mówi się przecież, że nawet najgorsza prawda jest dobrym rozwiązaniem. Tylko czy na pewno i czy zawsze? Może czasami lepiej jest tę prawdę ominąć, albo - z drugiej strony - po prostu jej nie znać? Nie mówię tutaj o tym, żeby unikać prawdy o nadchodzącym kryzysie finansowym, czy innych sprawach, o których dowiemy się z mediów. Mówię o sytuacjach na linii “człowiek-człowiek” (albo “ludzie-ludzie”). Na potrzeby mojej refleksji, nazwałem strony owej relacji “nadawca” i “odbiorca”. Po obu stronach tej relacji mogą stać pojedyncze osoby lub grupy ludzi. Mogą to być relacje przyjaciel-przyjaciel, pracodawca-pracownik, rodzice-dzieci, mąż-żona, rodzina-inna rodzina i tak dalej.
Zauważyłem (choć może mi się tylko wydawać), że gdy do przekazania jest dobra wiadomość, nikt się nie zastanawia. W tym przypadku mówienie prawdy wydaje się czymś zupełnie naturalnym. Pewnie dlatego, że w takiej sytuacji i nadawca i odbiorca czerpią z tego przyjemność. Nadawca - bo może przekazać dobrą wiadomość, czym sprawi przyjemnośc odbiorcy, a odbiorca dlatego, że może się cieszyć z dobrej nowiny.
Inaczej jest, gdy sprawa dotycząca obu stron jest z gatunku trudnych czy bolesnych. I nie ważne jest, czy jest ona trudna dla nadawcy, czy dla odbiorcy, czy dla obu jednocześnie.
Nadawca, znający dobrze sprawę, staje przed dylematem. Czy powiedzieć całą prawdę, ryzykując, że zrani się odbiorcę czy popsuje się, nazwijmy to, stosunki pomiędzy nimi? Czy może skłamać, pozostawiając odbiorcę w nieświadomości? Czy może, w końcu, nic nie mówić?
Wybór każdej z opcji ma swoje dobre i złe strony.
Powiedzenie całej prawdy, choćby najgorszej, zdejmuje z nas ciężar utrzymywania tajemnicy, ale z drugiej strony mamy świadomość, że trudną rzeczą obdarzyliśmy stronę drugą (a może nawet tę drugą stronę uraziliśmy, obraziliśmy lub straciliśmy).
Kłamstwo powoduje, że nasze stosunki są takie, jak były. Ale z drugiej strony ciąży na nas świadomość, że musimy dotrzymać tajemnicy. Bo jeżeli sprawa wyjdzie na jaw, to reakcja odbiorcy będzie pewnie znacznie “gorsza” niż gdyby od razu poznał prawdę. Więc żyjemy w stworzonym przez siebie świecie, który w każdej chwili może się zawalić. Niezbyt zachęcająca świadomość.
To może nic nie mówić? Nie przekazujemy wtedy żadnego komunikatu, ani prawdziwego, ani fałszywego. Ale świadomość, że odbiorca i tak może się kiedyś wszystkiego dowiedzieć (choćby od “życzliwych” znajomych), jest dokładnie taka sama, jak w przypadku kłamstwa.
Podsumowując dylematy nadawcy, idealnego wyjścia, dzięki któremu unikamy trudnych sytuacji i (być może) rozmów, po prostu nie ma. Jeżeli ktoś takie wyjście zna, proszę - niech napisze!
Teraz odbiorca. Wydawałoby się, że jest w lepszej sytuacji, bo na starcie pozostaje w nieświadomości. Po prostu nic nie wie. Może się tylko teoretycznie zastanawiać, czy rzeczywiście “nawet najgorsza prawda jest lepsza od niepewności”. Jego dylematy wyglądają trochę inaczej, ale też raczej nie ułatwiają życia.
Po pierwsze odbiorca może stwierdzić, że zawsze i za wszelką cenę, chce znać prawdę. Choćby była trudna, bolesna i ciężka do zniesienia. Tyle tylko, że są to rozważania teoretyczne. Może się okazać, że prawda, którą tak bardzo chciał poznać, jest dla niego zbyt ciężka do udźwignięcia. Co wtedy?
To może przyjąć, że lepiej być okłamywanym i żyć w sielankowym świecie pełnym szczęśliwości i radości, gdzie wszystko dobrze się układa i żadne problemy nie mają wstępu? Albo przyjąć, że nie chcemy o niczym wiedzieć, co pociąga za sobą te same “sielankowe” skutki?
W obu tych przypadkach istnieje jednak pewne “ale”. Tych “ale” jest chyba nawet kilka. Po pierwsze, stan naszej “nieświadomości” może się kiedyś bardzo gwałtownie skończyć. A wtedy, nie dość, że prawda nas dopadnie, to jeszcze (raczej z pewnością) będziemy mieć pretensje, że nas okłamywano lub że pozostawiono nas bez informacji. Po drugie, jeżeli sprawy, o których wolimy nie wiedzieć, są jednak dla nas ważne, a my przejawiamy choćby minimalne objawy ciekawości, to będziemy snuć domysły. W każdym słowie, geście, uśmiechu, braku uśmiechu, tonie głosu, szybkości chodzenia, sposobie ułożenia rąk nadawcy, będziemy się czegoś dopatrywać. Czasami słusznie, czasami kompletnie bez sensu. Wtedy łatwo można sobie stworzyć swój własny światek, zbudowany z owych domysłów, w którym będziemy się babrać, a który i tak nigdzie nas nie doprowadzi. A jak już się okaże, że prawda, o której nie wiedzieliśmy, wcale nie jest taka straszna, to po prostu w to nie uwierzymy! Bo już mamy swój własny obraz.
Nie wiem, czy z moich wywodów to wynika (tak naprawdę nie wiem nawet czy mają one jakiś sens
), ale wydaje mi się, że każde rozwiązanie może doprowadzić do trudnych sytuacji, może nawet do utraty zaufania pomiędzy nadawcą a odbiorcą. Wydaje mi się, że nawet “cała prawda” może się tym skończyć.
Czyli dobrego rozwiązania nie ma! Pewnie dlatego o trudnych sprawach tak trudno się rozmawia.